Komentarze, opinie, artykuły Prezesa Zarządu Wealth Solutions
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
wtorek, 15 lipca 2008
Dlaczego drożeje ropa?

 

Udało się znaleźć winnego. Za wysokie ceny ropy odpowiadają "spekulanci"*. 71 proc. handlu tym surowcem to handel "wirtualny" - nikt nikomu nie dostarcza ropy. Zamiast baryłek właścicieli zmieniają kontrakty terminowe. Przecież to skandal!

W efekcie niektóre branże znalazły się pod ścianą. Według amerykańskiego Stowarzyszenia Transportu Lotniczego "normalna" cena ropy to 65-75 dolarów a to co powyżej to premia spekulacyjna (aktualnie ropa kosztuje prawie 145 dolarów). Linie lotnicznie swoje biznesplany układały przy cenach rzędu 85-90 dolarów. Nieprzypadkowo to Amerykanie panikują najbardziej - za ropę muszą płacić w dolarach. Tymczasem "zielony" od kilku lat silnie traci wobec większości walut. W efekcie ropa w euro czy złotych nie drożeje tak silnie jak w dolarach.

Co można z tym zrobić? Prawdopodobnie amerykański Kongres spróbuje nieco utrudnić "spekulantom" dostęp do rynku ropy - rozważane jest m.in. wprowadzenie wyższych depozytów zabezpieczających tak by na rynek nie można było wejść z niewielkimi pieniędzmi. Być może też na fundusze emerytalne czy inwestycyjne nałożone ograniczenia co do udziału ropy w aktywach.

Sęk w tym, że amerykańska giełda surowcowa (NYMEX) nie ma monopolu na handel ropą. Wprowadzenie utrudnień może spowodować że obrót po prostu przeniesie się np. do Londynu na IntercontinentalExchange. A gdyby tam też udało się wprowadzić ograniczenia? Zyskają na tym inne rynki a ostatecznie zostają np. internetowe platformy transakcyjne. W ten sposób jednak zbliżamy się "czarnego rynku", bez odpowiednich regulacji. Tryumf "spekulantów"?

Prawda jest taka, że ropa stała się w ostatnich latach aktywem finansowym. Traktowana jest jako alternatywa dla akcji. Inwestując w ropę fundusze inwestycyjne (szczególnie typu hedge, z uwagi na większą swobodę zarządzających) mogą się odkuć, nadal pokazywać zyski inwestorom i zbierać nowe aktywa. (Na marginesie: podobnie jest z towarami rolnymi. W lutym i marcu tego roku prawie o połowę spadła cena pszenicy. Czyżby zapowiedź wyjątkowo obfitych zbiorów? Nie. Odpowiedź londyńskich traderów była prosta: "sprzedawały dwa fundusze hedge").

Zapewne nie ma już powrotu do czasów kiedy ropą będą handlować między sobą rafinerie, elektrownie czy firmy chemiczne. z uwagi na strategiczne znaczenie tego surowca (niestety realnych alternatyw na razie nie mamy) z pewnością nie jest wskazane by każdy, totalnie "zielony" inwestor mógł kupić sobie "pół baryłki" i sprzedać po tygodniu. Nie ma jednak powodu by nie tworzyć np. kilkuletnich produktów inwestycyjnych opartych o rynek ropy dostępnych dla indywidualnych inwestorów. Nie ma to nic wspólnego ze "spekulacją".

Jakoś nikt nie podnosi lamentu nad tym że największe przedsiębiorstwa na świecie nie są kupowane wyłącznie przez fundusze private equity czy przez inwestorów podobnych do Warrena Buffeta - długoterminowo i na podstawie fundamentalnych wycen. Na ich akcjach trwa w najlepsze spekulacja, której efektem są cykle koninukturalne - od totalnego przewartościowania (szczyt hossy) do totalnego niedowwartościowania (dołek bessy).

Jednocześnie wciąż na dłuższą metę znaczenie ma fakt czy dana spółka jest w stanie zwiększać zyski, czy zarząd ma pomysł na rozwój biznesu. Z ropą będzie, a raczej już jest, podobnie. Międzynardowa Agencja Energetyczna przeanalizowała 230 projektów mających na celu dostarczenie ropy na światowy rynek. Gdyby wszystkie zostały zrealizowane na czas wówczas nadal dziennie podaż ropy będzie o 12,5 mln baryłek niższa od popytu. To silny argument za tym, że w długim termnie ropa może być dobrą inwestycją.

A aktualny poziom cen? Z pewnością jest bardzo wysoki, czy nawet zabójczy, dla firm transportowych. Z drugiej strony pozwala nabić kabzę dostawcom tego surowca - kraje Bliskiego Wschodu mają miliardy dolarów na inwestycje np. w infrastrukturę. Obie strony rynku muszą być jednak przygotowane na nowe realia - zdecydowanie wyższą zmienność cen ropy, podobną lub nawet wyższą od tej jaką znamy z rynku akcji.

Dlatego Fatih Birol, główny ekonomista Międzynardowej Agencji Energatycznej w wywiadzie dla Forbesa na pytanie czy ropa może kosztować 200 dolarów za baryłkę odpowiada: "Wszystko jest możliwe. Wiara w dużą obniżkę aktualnych cen ropy w przyszłości byłaby nadmiernym optymizmem".

* Określenie spekulant ma wydźwięk negatywny. Według słownika PWN to osoba, która prowadzi "nieuczciwe operacje handlowe polegające na wykupywaniu, gromadzeniu i odsprzedaży towarów powszechnego użytku z nadmiernym zyskiem, w sytuacji, gdy popyt na nie przewyższa podaż". Trudno obejmować taką definicją inwestorów szukających zysku np. na rynku ropy dlatego biorę słowo spekulanci w cudzysłów.

13:34, maciej.kossowski
Link Komentarze (22) »
piątek, 20 czerwca 2008
Ile wynosi inflacja inwestorów?

 

Co miesiąc ankieterzy GUS w całej Polsce sprawdzają ceny prawie 2 tys. towarów i usług. Efektem ich pracy jest jedna cyfra - inflacja. W maju wyniosła 4,4 proc - o tyle przeciętnie zdrożały analizowane towary i usługi w relacji do maja 2007 roku.

GUS nie tylko bada co ile kosztuje ale też ankietuje gospodarstwa domowe chcąc sprawdzić jaką część swoich budżetów wydają na poszczególne dobra. Na tej podstawie towarom i usługom przpisawane są określone wagi. Przy czym korekta tych wag następuje z pewnym opóźnieniem. Upraszczając: inflacja w tym roku liczona jest na podstawie profili konsumpcji odnotowanych w roku 2007. A w kraju takim jak Polska preferencje konsumentów zmieniają się dosyć szybko i znacząco. Na rynku pojawiają się nowe produkty..

W danym roku jednak wagi udziału poszczególnych towarów i usług są stałe. W efekcie aktualnie wg GUS wydajemy niespełna 26 proc. dochodów na żywność (z czego np. 0,81 proc. na ryby), prawie 4 proc. na napoje alkoholowe (z czego 0,56 na wino) itp. Taka jest średnia. W praktyce każdy ma oczywiście inny profil konsumpcji i w efekcie zupełnie inną inflację.

Inwestorom inflacja przydaje się do obliczenia realnej stopy zwrotu z inwestycji. Co z tego że na lokacie zrobimy przez rok 5 proc. skoro w tym czasie ceny poszły w górę w takim samym tempie? Nasz nominalny zysk wynosi co prawda 5 proc. ale w ujęciu realnym nie zarobimy nic - za nasze pieniądze możemy kupić dokładnie tyle same co rok wcześniej.

Kto inwestuje? Ludzie którzy mają pieniądze. Takie osoby zamiast podstawowych wersji produktów (w takie najczęściej uwzględnia GUS) często kupują ich wersje "premium". Wrażliwość nabywców na poziom cen jest w tym przypadku mniejsza co skrzętnie wykorzystują producenci - wiedzą że podwyżka cen nie zawsze doprowadzi do proporcjonalnego spadku sprzedaży. Można więc założyć że dobra z górnej półki generalnie drożeją szybciej.

W przypadku naprawdę zamożnych osób działa też często paradoks Veblena - popyt na niektóre dobra będzie rósł wraz ze wzrostem ich ceny. Dotyczy to tzw. dóbr luksusowych. Niezależnie od tego ile będzie kosztować najnowszy model ferrari znajdą się chętni by go kupić. W ekskluzywnych sklepach w Moskwie zupełnie nie sprawdzają się sezonowe promocje - bogacie Rosjanie brzydzą się kupowaniem przecenionych towarów.

Innym ciekawym zjawiskiem jest "efekt snoba" - niektórzy konsumenci nie kupują określonych towarów dlatego że są one ich zdaniem kupowane powszechnie przez innych. Z pewnością znamy osoby, które za żadne skarby nie zjedzą hamburgera czy nie wypiją coca-coli. W sytuacji gdy każdy towar ma swój substytut takie zachowanie jest dosyć powszechne.

Dodatkowo spece od marketingu starają się, by każdy towar poza wartościami użytkowymi (które branę są pod uwagę przez GUS) niósł ze sobą określone wartości niematerialne. To często przyczynek do pobrania wyższej marży lub sposób na dotarcie do określonej grupy docelowej. Większość markowych towarów kojarzy się z jakimś stylem życia czy cechami potencjalnego nabywcy.

Wnioski? Nie należy się ekscytować tym że na lokacie zarabiamy nie 5 a 7 proc. Nie wiemy jaka jest nasza inflacja! Może w ujęciu realnym jesteśmy mimo wszystko na minusie? Im więcej zarabiamy i im wyższa może być nasza prywatna inflacja tym wyższych stóp zwrotu z naszych oszczędności powinniśmy szukać. To oznacza konieczność podejmowania wyższego ryzyka. Przy utrzymaniu długiego horyzontu inwestycyjnego i odpowiedniej dywersyfikacji portfela wyższe zyski są wówczas jak najbardziej możliwe.

15:49, maciej.kossowski , Komentarze
Link Komentarze (3) »
środa, 11 czerwca 2008
Opłaty w OFE nie takie straszne

 

OFE jakie są każdy widzi - przepisy krępują zarządzających, strach przed koniecznością dopłacania uczestnikom zmusza do zachowań stadnych na zasadzie: "lepiej sie nie wychylać". Problemem jest zbyt niski dopuszczalny udział akcji (40 proc.) oraz 5-procentowy limit udziału instrumentów zagranicznych. To drugie szczególnie boli przyszłych emerytów w sytuacji gdy polski rynek akcji zachowuje się bardzo słabo w relacji do innych giełd. Tymczasem, zdaniem niektórych mediów, największym problem są opłaty pobierane od składek. Czy na pewno?

Większość OFE pobiera maksymalne 7 proc. od każdej wpłaconej składki i tak będzie do 2010 roku. To sporo. Jednocześnie opłata zarządzanie to 0,54 proc. (lub mniej w funduszach o aktywach powyżej 8 mld zł, a są już takie cztery). Fundusze zrównoważone - do których z racji składu portfela można porównać OFE - zarządzane są średnio za 3,2 proc. w skali roku. Opłaty dystrybucyjne są różne. Standardowo, wg danych Analiz Online wynoszą 3,8 proc. Przy czym można oczywiście kupić jednostki bez opłat dystrybucyjnej (np. w promocji).

Z dwojga złego lepsza jest wyższa prowizja od składki niż wysoka opłata za zarządzanie - prowizja pobierana jest tylko od nowych wpłat, a opłata za zarządzanie co roku od całości aktywów. W ten sposób, w miarę upływu czasu, relacja pieniędzy które trafiają do OFE w formie prowizji do łącznej kwoty kapitału zgromadzonego przez przyszłego emeryta będzie maleć. Zyskiwać na znaczeniu będzie wysokość opłaty za zarządzanie. A ta jest w OFE relatywnie niska.

Warto to pokazać na przykładzie. Załóżmy, że wpłacamy do OFE 200 zł przez 30 lat. Od każdej składki potrącona jest 7-procentowa prowizja (pamiętajmy że w rzeczywistości będzie ona spadać do 3,5 proc. w 2014). Dodatkowo co roku zarządzający potrąca 0,54 proc. od aktywów. Średnia roczna stopa zwrotu to 10 proc. Po 30 latach zebrany kapitał to prawie 345 tys. zł.

A teraz wpłacajmy nasze 200 zł do funduszu zrównoważonego, który nie pobiera opłaty wstępnej. Jednocześnie opłata za zarządzanie to 3 proc. w skali roku. Wartość naszego kapitału po 30 latach wyniesie 224 tys. zł. Różnica między OFE a funduszem to ponad 120 tys. zł. Wniosek? Na dłuższą metę większe znacznie ma opłata za zarządzanie - to ona pomniejsza stopę zwrotu.

Opłaty od składek w OFE są oczywiście wysokie. Nie jest to jednak najważniejszy problem polskiego systemu emerytalnego. Jeśli media chcą walczyć o niższe opłaty to warto przyjrzeć się poczynanion polskich funduszy inwestycyjnych w których jest niewiele mniej pieniędzy niż w OFE, a opłaty za zarządzanie są dwa razy wyższe niż w funduszach zagranicznych.

10:59, maciej.kossowski , Komentarze
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 czerwca 2008
Lekcja z Londynu

 

Polski rynek produktów strukturyzowanych to ciągła ucieczka do przodu. Kolejne firmy zaczynają oferować lokaty z gwarancją kapitału i możliwością zarabiania często na bardzo egzotycznych rynkach.

I dobrze. Szkoda tylko że nie mamy jeszcze bazy danych z prawdziwego zdarzenia - miejsce gdzie klient może znaleźć nie tylko aktualną ofertę ale także przejrzeć to co już było na rynku. Okazuje sie że stworzenie takiego serwisu wcale nie jest trudne. Kilka tygodni temu udało się to firmie konsultingowe z... Londynu. W serwise www.StructuredRetailProducts.com można znaleźć informacje o polskim rynku (oczywiście nie tylko). Dostęp jest co prawda płatny (raczej poza zasięgiem przeciętnego polskiego inwestora) jednak istnieje możliwość uzyskania go na 2-tygodnie za darmo.

Każdy kto interesuje się tą formą lokowania kapitału powinien zapoznać się z tym serwisem. Warto przejrzeć np. słownik pojęć ze świata "struktur" - jest ich całkiem sporo. Można się przekonać jak bardzo rozwinięty jest rynek produktów strukturyzowanych w Europie Zachodniej - w Niemczech od początku roku Commerzbank wprowadził na rynek prawie 29 tys. ofert. Lider polskiego rynku (przynajmniej jeśli chodzi o aktywność) - Noble Bank, uplasował 23.

 

 

16:01, maciej.kossowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 maja 2008
Pszenica haute couture


"Proszę pana ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem". To oczywiście z "Rejsu". Cytat dobrze pasuje jednak do zachowania inwestorów. Nie tylko w Polsce.

Czy ktoś rok temu widział propozycje inwestowania w złoto, ropę czy surowce rolne? Nie, bo to był czas akcji. Moda na "alternatywne aktywa" pojawiła sie dopiero niedawno - po tym jak na giełdzie "coś się popsuło". Tymczasem taka pszenica od końca lutego do początku maja - a więc zaledwie w dwa miesiace - potaniała o ponad 40 proc. Oczywiście wcześniej zyskała ponad 100 procent. Wtedy jednak, podobnie jak inne zboża, nie była jeszcze w modzie - przynajmniej w Polsce. Ropa i złoto też maja za sobą silne wzrosty ale oczywiście podobno wszystko jeszcze przed nimi - banki inwestycyjne już oswajają inwestorów z ceną baryłki powyżej 200 dolarów.

I w dłuższym terminie jest to możliwe - surowce dopiero niedawno awansowały do kategorii oddzielnej klasy aktywów. Gdyby cały rynek surowców miał stanowić zaledwie 5% tego co zainwestowano w akcje i papiery dłużne wówczas powinien wzrosnąć jeszcze kilkadziesiąt razy. W efekcie ceny surowców mogą w długim terminie rosnąć tylko z uwagi na napływ nowych pieniędzy od inwestorów. Przy czym oczywiście jest wiele fundamentalnych powodów dla wzrostów w długim terminie.

Sęk w tym że takie pompowanie co jakiś czas mogą przerywać coraz głębsze korekty - przedsmak widzieliśmy w przypadku pszenicy. Dla funduszy emerytalnych, które do swoich portfeli dorzucą 5% "commodities" nie będzie to miało większego znacznia. Gorzej z inwestorami indywidualnymi których potrzeby i apetyty inwestycyjne kreowane są przez aktualną ofertę instytucji finansowych i którzy mają z reguły krótki horyzont inwestycjny.

Ci inwestorzy są w efekcie narażeni na straty. Przy czym wina wcale nie leży wyłącznie po stronie dostawców produktów. Rok temu pewnie mało kto kupiłby inwestycję opartą o surowce rolne. Łatwiej było uruchomić kolejny fundusz małych i średnich spółek i zebrać kilkaset milionów złotych w kilka dni. Instytucje finansowe nie działają charytatywnie. Próba działania wbrew potrzebom klientów może się nie sprawdzić. Słyszałem o zarządzających funduszami, którzy w 2007 roku wstrzymywali się z zakupem akcji oceniając że są przewartościowane - aktywa funduszy spadały, zarządzający tracili pracę.

Inwestowanie oszczędności zaczyna się rządzić podobnymi prawami jak świat mody - to co w jednym sezonie jest "hot" w  kolejnym może już być "passe". W realiach polskiego rynku finansowego nakłada się na to jeszcze efekt opóźnienia (u nas modne jest to co już przestało się nosić na świecie) oraz wciąż niska świadomość inwestorów.

Jak sobie z tym radzić? Niestety nie każdy inwestor ma talent "kreatora mody", który będzie w stanie postąpić wbrew aktualnym trendom, odkrywać nowe tereny i odnieść sukces. W świecie finansów to dar dany nielicznym i to raczej na czas określony niż na zawsze. W przypadku "normalnych" inwestorów najlepszą receptą na sukces jest więc cierpliwość i odporność na marketingowy bełkot, którego w finansach będzie tym więcej im bardziej zróżnicowane pomysły na zarabianie pojawią się w ofertach instytucji finansowych.

19:04, maciej.kossowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 maja 2008
Kosztowny długi weekend?

 

Nawet 0,4% PKB - tyle kosztuje każdy ponaprogramowy dzień wolny. W przypadku Polski byłoby to nieco ponad 4 mld zł. Takie szacunki pojawiły się dwa lata temu w projekcie nowelizacji kodeksu pracy. Teraz przy okazji dwóch długich majowych weekendów pojawiła się okazja, by je przypomnieć i pochylić się na oceną gospodarcznych kosztów ogólnonarodowego lenistwa.

Metodologia takich obliczeń jest z pewnością bardzo zaawansowana i znana tylko najbardziej doświadczonym pracownikom GUS. Ja jednak mam wrażenie że tę wartość można oszacować dzieląc roczny PKB przez liczbą dni roboczych w roku. I od razu do głowy przychodzi mi szatański pomysł nieco szybszego dogonienia Irlandii. Do skasowania jest lekko licząc 50 wolnych sobót - każda po 4 mld zł. W efekcie PKB w ciągu roku rośnie o dodatkowe 15 procent. Na kolejny rok mamy jeszcze rezerwę w postaci niedziel.

To oczywiście ponury żart. Taka decyzja to gwarantowany strajk generalny. Z drugiej strony, gdyby tak stopniowo, na zasadzie podgrzewania żaby w garnku... A poważnie to nie wierzę w szacowanie kosztów majowych weekendów. Współczesna gospodarka to nie fabryka, która albo pracuje i produkuje albo nie pracuje i nie produkuje. W długie weekendy też oczywiście kreujemy PKB - wreszcie mamy czas na wydawanie pieniędzy na towary i usługi, których nie kupujemy w dni robocze - każdy może stworzyć własną listę.

Nie do oszacowania, przez żaden urząd statystyczny, jest wzrost wydajności procowników dzięki "zainkasowaniu" kilku dni wolnych. I wreszcie, coraz większa część PKB to usługi - by je świadczyć nie trzeba uruchamiać taśmy produkcyjnej. Wystarczy komputer z dostępem do Internetu, którego część z nas - niestety - nie wyłącza nawet w długie weekendy.

18:03, maciej.kossowski
Link Komentarze (2) »